2005, czyli 7 minut za późno

Niedziela, (Rybnik) Kostrzyn — Zbąszyń (130km)

Wszystko wskazywało na to, że tym razem to już na pewno się nie uda ;-) wybyć choć na 2 dni. Kalendarz jednak sprzyjał — święto 15. sierpnia wypadało w poniedziałek. Mając 3 dni wolne zebraliśmy się w sobotę wieczorem z Rybnika pociągiem do Kołobrzegu. Konduktorom oczywiście nie odpowiadały rowery w pierwszym wagonie, więc trzeba było zostawić je w ostatnim (zarezerwowanym dla kolonii). Sami siedliśmy w pierwszym — "zdeklasowanej" jedynce.

Podróż lekko męcząca, jak to w nocnym pociągu. Wysiedliśmy w Kostrzynie chwilę po wschodzie słońca o 5.30. Zimno trochę... Pokręciliśmy się po śpiącym jeszcze mieście i pojechaliśmy kawałek drogą na Skwierzynę. Słońce wreszcie wyszło zza chmur, zjedliśmy trochę kanapek i wyruszyliśmy na dobre. Po 10km zjeżdżamy z głównej drogi (na świeżo remontowane lokalne dróżki). Na pustych drogach robimy sobie tradycyjne zdjęcia z samowyzwalaczem.

a droga długa jest...

Dojeżdżamy do Ośna, tam kolejny popas i znów przez wioski i lasy — Grabno, Lubień, Brzeźno, Rychlik. Wioski ładne, ze starą zabudową — prawie nie ma nowych budynków. Gdzieś w lesie znajdujemy jeziorko, moczymy nogi na chwilę (i stanowimy przerywnik dla podsypiających w miłym słoneczku wędkarzy). Za Walewicami odpoczywamy na bocznej drodze z "kocich łbów", potem okazuje się, że tamtędy mieliśmy jechać. Wracać na kocie łby się nie chce, więc trzeba przeżyć te kilka kilometrów drogi krajowej nr 2. Skręciliśmy w końcu na Łagów i jak już wspięliśmy się na te wszystkie górki, to okazuje się że w miasteczku jest strasznie gwarno. Jeziorko ładne, woda bardzo przejrzysta, pokręciliśmy się trochę i jedziemy dalej. W Sieniawie trafiamy na następne kocie łby na drodze do Boryszyna. Jazda nie była taka zła (przynajmniej nie słychać wkurzającego i niepokojącego stukania z mojego wielotrybu). Pamiętam, że kiedyś (jak dojeżdżaliśmy do Zaniemyśla) też mi tak stukało, ale nie mogę sobie przypomnieć co to było... (ale raczej nic poważnego). Dopiero potem przypomniało mi się, że to pokrywka łożyska.

W Boryszynie tylko zajrzeliśmy na bunkry MRU. Czas nas goni, a rano tyle go było... Dwie ambitne rowerzystki ;-) nie chciały się dać wyprzedzić, więc pociągnęliśmy za nimi do Wysokiej. Kawałek dalej oglądaliśmy kolejne bunkry. W końcu ruszamy do ostatniego etapu (jesteśmy umówieni na 19. w Zbąszyniu). Z Kaławy mamy 10km fajną drogą przez las. Marek mówi, że mu trochę ciężko, ale za mną nie jest źle. Około 18.30 docieramy do Zbąszynia, znajdujemy szkołę i dostajemy pokój. Po nocy w pociągu oczy się same zamykają, więc szybko prysznic, kolacja i odpływamy... Grzebać w wielotrybie już nie mam ochoty i siły.

Poniedziałek, Zbąszyń — Leszno (Rybnik) (125km)

Operacja Wielotryb Drugi dzień już nie taki bezstresowy, bo trzeba zdążyć do Leszna na 15.20 na pociąg. Ruszamy raźno w kierunki Wolsztyna. Niestety stuki w wielotrybie zaczynają mnie coraz bardziej wkurzać i na którymś przystanku wyjmuję oś, napychamy tam smaru, skręcamy i... dalej stuka. Na szczęście po parudziesięciu metrach pokrywka ustawiła się na smarze w neutralnym położeniu i będzie znów spokój na następne pare tysięcy kilometrów ;-). W Wolsztynie jemy drugie śniadanie, robimy kilka zdjęć przy odstawionych parowozach i jedziemy dalej na południe (mamy 3h czasu).

Po 15km skręcamy w boczne drogi w kierunku Leszna (niestety samochodów niewiele mniej). Przez chwilę się brzydko chmurzy, ale potem wychodzi ładne słońce. Stajemy na chwilę w Przemęcie, a potem nad jeziorem w Boszkowie (znów tłumy). Siedzimy "chwilę" i jedziemy dalej. W pewnym momencie Marek zauważa przytomnie, że mamy 18km i 40 minut czasu. Podkręcamy więc mocno tempo i ignorujemy objazdy — na szczęście remontowane odcinki można przejechać rowerem.
W Lesznie na dworcu jesteśmy o 15.27. Niestety tym razem pociąg pojechał planowo...

Z braku lepszych pomysłów wsiadamy w pociąg osobowy do Rawicza (zawsze to ~30km bliżej domu ;-)). Dalej jest połączenie do Wrocławia, ale jak to na PKP, trzeba sobie poczekać 1,5h. Jeździmy trochę po Rawiczu, a potem wsiadamy do pociągu. Pociąg jedzie żwawo (w końcu to magistrala) i we Wrocławiu przesiadamy się do pospiesznego. Dalej są dwie opcje: przesiadka w Kędzierzynie i pedałowanie z Nędzy do Rybnika lub przesiadka w Katowicach na pociąg do Rybnika (po północy na miejscu). Gdy jesteśmy w okolicach Opola to na zewnątrz już pada. Ryzykujemy jednak zmoczenie i wysiadamy w Kędzierzynie. Pędem na ukryty peron 1a (pociąg czeka).

Wysiadamy o 21.40 w Nędzy. Jest już zupełnie ciemno i mokro, ale nie pada i jest ciepło. Woda paruje z asfaltu i robią się ciekawe "klimaty". Ruszamy więc na kolejny nocny etap. Pustymi drogami w ciemnościach jedzie się fantastycznie (trzeba tylko mocno wypatrywać dziur i nasłuchiwać zbliżających się z przeciwka nieoświetlonych rowerzystów ;-)). Chwilę po 10. jesteśmy u mnie w Rybniku. Marek ma jeszcze 15km do Żor. Miał szczęście — chwilę po tym jak przyjechał znów zaczęło padać.

spisano: Rybnik, 8. IX 2005