odyseja 2001

Było pięknie... chociaż może z poniższego suchego opisu to może nie wynikać :-) Trudno jednak opisać te wszystkie wrażenia jakich doświadcza się z każdym pokonanym kilometrem. Człowiek czuje się po prostu wolny, jakby się było poza światem - tylko ogląda się wszystko obok i za chwilę można być już gdzie indziej...

Piątek 3 VIII: Rybnik - Gliwice (29km)

Znowu się doczekaliśmy i znowu ruszamy :). Oczywiście znów na naszych nieśmiertelnych Rometach. Niestety znów w niepełnym składzie; cóż, niektórzy wolą jakąś pustynię za oceanem ;-) Pociąg był bardziej zatłoczony niż rok temu, ale za to rowery jechały w wagonie bagażowym. A od Białegostoku już byliśmy sami w przedziale i do Suwałk pociąg przybył z kilkuminutowym opóźnieniem.

Sobota 4 VIII: Suwałki - Gołdap (105km)

Tak więc około 07.30 ruszyliśmy w kierunku jez. Hańcza (tak jak rok wcześniej) Jechałem na pamięć no i w końcu pojechaliśmy nie tak. W dodatku zaczęło kropić i musieliśmy uciekać 3km przed deszczem do Jeleniewa, gdzie schowaliśmy się pod remizą. Chwilę potem pojawił się strażak i zatrudnił nas do obługi syreny, kiedy on sam wyciągął STARa z garażu. Może po godzinie przestało padać i ruszyliśmy na północ przez Smolniki do Wiżajn. Dalej już na zachód w kierunku Gołdapi. Jechaliśmy, jechaliśmy a było dopiero wczesne popołudnie (nie ma to jak wcześnie wyruszyć...) Po drodze kilka razy mijaliśmy się z jakimś Wartburgiem, za którymś razem dziadek w aucie nam pomachał, my mu też, aż w końcu na leśnym parkingu zatrzymał nas i zaprosił na kawę (co się nam bardzo przydało - to był bardzo długi dzień po nocy w pociągu) Razem z nami był tam też Niemiec, który jechał rowerem z Berlina do Tallina. (wariant minimalny: małe sakwy, namiocik i plecak na bagażniku miejskiego rowera) Pogadaliśmy trochę (2h) i ruszyliśmy dalej na wiadukty w Stańczykach. Prawdę mówiąc to trochę mnie one rozczarowały: mnóstwo ludzi itp... chociaż jest toto całkiem wysokie) No a dalej już bez przygód dopedałowaliśmy do Gołdapi

Niedziela 5 VIII: Gołdap - Radzieje (84km)

Wyjechaliśmy na zachód przez zadupia i lasy. Pogoda rano była całkiem sympatyczna i kąpiąc się po drodze w jeziorze dojechaliśmy do Kruklanek, gdzie znów zaczęło padać. Gdy się przejaśniło ruszyliśmy dalej do Sztynortu (po drodze oglądając byłą kwaterę któregoś kolegów Hitlera). W Sztynorcie po raz pierwszy usłyszałem złowrogie "brząggg" złamanej szprychy :-) W końcu zalicząjąc jeszcze parę kilometrów kocich łbów (takich których nie dało się ominąć bokiem) dotarliśmy do Radziejów. Rozglądamy się... i nic nie widać, no i już mieliśmy jechać dalej do Reszla, ale na szczęście okazało się że tam jednak było schronisko.

Poniedziałek 6 VIII: Radzieje - Radzieje (91km)

Najpierw pojechaliśmy do Doby odwiedzić moją siostrę na obozie, jednak minęliśmy się na pomiędzy wsią a obozem (my pedałowaliśmy lądem a one wodą). Później pojechaliśmy do Giżycka i dalej do Węgorzewa (po drodze znów straciłem szprychę) Później z wycieczką żołnierzy zwiedziliśmy poniemieckie bunkry (po takich chaszczach jeszcze w życiu nie jeździłem rowerem :) ) i znów kocimi łbami dojechaliśmy do Radziejów. A wieczorem znowu: odkręcić wielotryb i ośkę, zdjąć oponę, zmienić szprychę i założyć oponę, ośkę, wielotryb, kółko... No a poza tym to totalny Pad Na Pysk. Może trochę psychicznie (szprycha i taka niejasna pogoda), a fizycznie to był "syndrom trzeciego dnia", gdy ma się już wszystkiego zupełnie dość.

Wtorek 7 VIII: Radzieje - Reszel (57km)

Tego dnia znów do Doby (gdzie tym razem trafiam na siostrę i gdzie dostajemy ciasto na drogę) Później Gierłoż, Kętrzyn i Św. Lipka gdzie znów ukrywamy się przed burzą. Niesamowity efekt powstał gdy z kościoła słychać było organy a na zewnątrz waliły pioruny i grzmoty. A wieczorkiem doturlaliśmy się do Reszla.

Środa 8 VIII: Reszel - Frombork (126km)

Rano pokręciliśmy się po zamku w Reszlu a później przez Bisztynek docieramy do Lidzbarka Warmińskiego (kolejny zamek) Później przez Pieniężno do Braniewa (po drodze jakoś się zachmurzyło i zaczęło się mi dłużyć, a w Pieniężnie miałem totalnie dość - na szczęście dalej było już z górki) i jeszcze 10km do Fromborka. Teren dalej był dosyć pofałdowany, a cała droga była obsadzona drzewami z obu stron (w sumie to trochę monotonna, ale przynajmniej mniej wiało i drzewa dawały cień)

Czwartek 9 VIII: Frombork - Frombork (?km)

Plan był taki, żeby zabrać się z roweram statkiem do Krynicy Morskiej i wrócić wokół Zalewu Wiślanego rowerem, ale Żegluga Gdańska strasznie zdziera za rowery (15zł/rower gdy bilet dla nas kosztował 17zł/os) i popłynęliśmy bez rowerów. Jako, że nie mogliśmy się zmęczyć na rowerach to postanowiliśmy się zmęczyć pieszo i przeszliśmy 15km plażą z Krynicy do Kątów Rybackich. Szło się całkiem sympatycznie i nie dłużyło się za bardzo, tylko trochę słońce przygrzewało (ale o tym to dowiedzieliśmy się wieczorem przed lustrem). Dalej PKS do Elbląga (gdzie z każdym krokiem już żałowaliśmy tego co zrobiliśmy :) ) i do Fromborka.

Piątek 10 VIII: Frombork - Ostróda (119km)

Stopy dalej nas bolały... Ruszyliśmy w końcu na południe i przez Pasłęk (gdzie pewien dziadek próbował nas nawracać na świadków jehowy) dotarliśmy do kanału elbląskiego. Pooglądaliśmy sobie wszystkie pochylnie, 2 maszynownie i przeprawianie jachtów i statków w obie strony. Całość jest genialnie pomyślana i pięknie wykonana (mechanizmy w maszynowniach itp.) Poźniej przez Morąg trafiliśmy do Ostródy. Końcówka trasy była piękna: równiutki asfalt i las, a nas nogi jakby same niosły 30km/h. Zresztą jak dowiodły późniejsze wydarzenia, jak się pokona 100km to później jest już wszystko jedno i można jechać i jechać...

Sobota 11 VIII: Ostróda - Stębark (73km), czyli pięć szprych jednego dnia...

Wyjechaliśmy sobie na południe (z planem dojechania do Działdowa). Po kilku km Marek usłyszał jakiś dziwny dźwięk z tylnego koła, ale nie zauważyliśmy niczego. Po paru kilometrach okazało się, że ja znów nie mam 2 szprych (jednej nie miałem już od Fromborka) no i rozpoczął się wyścig z czasem: chcieliśmy zdążyć do najbliższego sklepu rowerowego przed 13 (była sobota) w końcu udało się dojechać do Lubawy. Kupiłem szprychy i jeszcze wielki klucz nr 24 do odkręcania wielotrybu. Dalsza droga była świetna (pchał nas wiatr) No i w końcu na którymś z podjazdów znów dziwny dźwięk z Marka rowera i... 2 szprychy pęknięte :)) Na szczęście nie trzeba odkręcać wielotrybu i w 0.5h naprawiamy uszkodzenia (zostały 3 zapasowe szprychy). Dojechaliśmy na pola Grunwaldu i... tym razem ja tracę trzecią szprychę. Tak więc urządzamy warsztat w miejscu chwały polskiego oręża (oj przydał sie klucz :-) ) Tak nas to wszystko rozleniwiło, że postanowiliśmy zostać na noc w pobliskim Stębarku.

Niedziela 12 VIII: Stębark - Włocławek (153km)

taaak... To miało być 90km do Rypina. Niestety trzeba było jechać dalej. W sumie to te dodatkowe 60km nie były takie złe. Pierwsze 40 pociągnąłem, a reszta zeszła szybko na rozmowie z pewnym rowerzystą (120% kultowości: rower ukraina, koszyk na kierownicy, sakwy i ogromny śpiworek z tyłu, białe spodnie, takiż sweter i czapka, tylna opona = kapeć, bo "nie chce mi się tego wymieniać..." i do tego całkiem ambitna trasa) Człowiek sobie pogadał a nam droga szybciej minęła... Nikt tego nie przyznał, ale podświadomie to chyba chcieliśmy przejechać ten kawałek - tak z ciekawości, jak to będzie po takim dystansie.

Poniedziałek 13 VIII: Włocławek - Zduńska Wola (175km)

...czyli szaleństwa ciąg dalszy. Pierwsze 50km było dość trudne - wzrok opadał na przesuwający się przed rowerem asfalt i prawie zasypiałem. Później się jakoś rozruszałem. No i sytuacja jak z dnia poprzedniego: próbujemy po drodze 3 miejscowości, ale nie ma gdzie spać. Tak więc jedziemy dalej. "Na osłodę" pomyłka w nawigacji kosztuje nas +10km. Jest już ciemno gdy dojeżdżamy do Szadka, a z tamtąd jeszcze 12km do Zduńskiej Woli. Droga prowadzi przez las - samochodów prawie nie ma, jest zupełnie ciemno i robi się trochę straszno. W końcu jednak o 22.00 trafiamy do schroniska. Na dodatek gościu w recepcji nie dał się przekonać, że powinniśmy zapłacić 12 a nie 24 zł za nocleg :-(

Wtorek 14 VIII: Zduńska Wola - Radomsko (102km)

Obiecaliśmy sobie, że tego dnia nie jedziemy daleko. Przed wyruszeniem trzeba było lekko zmodyfikować plany i zdecydowaliśmy, że pojedziemy jednak trochę na wschód i dalej przez Jurę. Docieramy spokojnie do Bełchatowa. Po drodze był poważny kryzys psychiczny i już chcieliśmy jechać na stację kolejową... Nasze narzekanie zakończyłem wsiadając na rower. W Bełchatowie okazuje się, że szkołę właśnie wymalowano jakimiś śmierdzącymi farbami i decydujemy się jechać do Radomska. No i powolutku pojechaliśmy sobie (na szczęście już od 2 dni jechaliśmy przez równiny i prawie nie było górek). Tak prawdę mówiąc to była jedno z lżejszych 100km jakie przejechałem (prawie tego nie zauważyłem) ale poprzednie dni dawały się we znaki. A tymczasem w Radmosku trwała inwazja komarów - na ulicy nie można było wytrzymać nawet chwili.

Środa 15 VIII: Radomsko - Siedlec k. Złotego Potoku (53km)

Wreszcie luz... Upał, docieramy na Jurę Krakowsko - Częstochowską. Od południa mamy wakacje na wakacjach: obiadek, szachy, pingpong, drugi obiad, pingpong, gapienie się w gwiazdy...

Czwartek 16 VIII: Siedlec - ...

Od 2 dni Markowi coś skrzypiało w widelcu. Po 8km zorientowaliśmy się, że widelec się łamie... Nie chcąc ryzykować OTB na którymś ze zjazdów na Jurze poszliśmy pieszo na najbliższą (8km) stację kolejową. No i pociągiem do Częstochowy, Katowic i Rybnika.
Znów się nie udało, a zabrakło 160km (miał być Olkusz i następnego dnia już dom) To chyba jakieś fatum ;-) Cóż, było całkiem nieźle... może następnym razem się uda... (zresztą byliśmy bliżej niż rok temu, więc jest jakiś postęp)

p.s. A w domu okazało się, że jednak dobrze zrobiliśmy - widelec dało się rozebrać gołymi rękami.
A
E     N
M